O autorze
Robert Konieczny. Od 1999 r. prowadzi biuro architektoniczne KWK Promes (Katowice). Laureat ponad 30 nagród. Znalazł się na liście „101 najbardziej ekscytujących nowych architektów świata” czasopisma Wallpaper (2007 r.) oraz na liście „44 najlepszych młodych architektów świata” Scalae. Jego realizacje były sześciokrotnie nominowane do prestiżowej Europejskiej Nagrody Fundacji Miesa van der Rohe, a Dom Aatrialny otrzymał w 2006 r. tytuł Domu Roku na Świecie. Uhonorowany przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego nagrodą w dziedzinie architektury. W książce światowej sławy krytyka Hansa Ibelingsa KWK Promes została wymieniona jako jedyna współczesna pracownia z Polski, która wniosła wkład w rozwój architektury europejskiej.

Z łopatą na PHAIDON!

Chciałem napisać o czymś zupełnie innym, ale jak to w życiu bywa, często zdarzają się niespodzianki wymuszające zmianę planów. Tak stało się i tym razem.

Dwa dni temu dostałem wspaniałą wiadomość. Okazało się, że dom Autorodzinny, nasza najnowsza realizacja, został nominowany do prestiżowej nagrody fundacji Mies van der Rohe. Fantastycznie, ucieszyliśmy się, bo to już nasza szósta nominacja, jednak całą radość zaburzył mały problem. Do 11 listopada musimy wysłać do fundacji Mies’a zdjęcia domu, czyli pozostały niecałe dwa tygodnie, a nie mamy zrobionej profesjonalnej sesji fotograficznej. Za oknem listopad, już był śnieg, teraz pada, słońce bardzo rzadko świeci... słabo to wygląda!



W pewnym momencie naszła mnie refleksja, że ta sama sytuacja zdarzyła się 10 lat temu w 2002 roku, kiedy po raz pierwszy byliśmy nominowani do nagrody Mies van der Rohe za Dom z Ziemi Śląskiej w Katowicach.

Jednak wtedy byliśmy w zupełnie innym miejscu jako pracownia. Bardzo skromne biuro, zmagaliśmy się wówczas z kolejnym kryzysowym rokiem. Pracowaliśmy tylko w dwójkę – ja i moja ówczesna partnerka Marlena – pracownię musieliśmy przenieść do piwnicy naszego domu. Pomimo tego, że otrzymywaliśmy już w tamtym czasie nagrody międzynarodowe, jak również te w Polsce, to mało kto o nas słyszał. Nie mieliśmy prawie zleceń, ale konsekwentnie robiliśmy swoje. Między innymi dlatego biedowaliśmy…

Aż tu nagle pewnego dnia listonosz zapukał do drzwi przynosząc list z Barcelony! Okazało się, że zostaliśmy nominowani do tak niesamowitej, kompletnie dla nas wówczas nieosiągalnej nagrody. Mieliśmy półtorej miesiąca czasu, żeby zrobić profesjonalne zdjęcia domu. Jednak życie to nie bajka i dość szybko pojawił się nie lada kłopot – ekipa budowlana, która wykańczała dom oraz teren wokół niego, musiała zejść z budowy. Inwestor przeniósł budowlańców na drugą inwestycję, musiał pilnie dokończyć równoległą budowę własnego biurowca. I tak dom został porzucony przed jego kompletnym skończeniem.

Jak to wyglądało? Dom był wykończony w środku, ale z zewnątrz jak po bombardowaniu! Potężne, głębokie na półtorej metra dziury na całej długości elewacji, z olbrzymimi zwałami ziemi, odkryte drenaże, góry ziemi i kamieni wysokie na trzy metry zasłaniające budynek, cięte drzewa walające się po całej działce, nieotynkowane do końca elewacje... Do tego wszystkiego zaczęła się przedwczesna zima. Wszystko zaśnieżone, oblodzone, nie można było wbić łopaty w grunt, a dach, który wychodził z ziemi i miał być pokryty trawą, straszył gołą papą... koszmar! Byliśmy załamani.
OK, ktoś może powiedzieć, że był przecież Photoshop i wszystko można było wyczyścić w komputerze, wystarczyło tylko zaczekać na pogodny dzień i zrobić zdjęcia. Niestety warunkiem konkursu było wysłanie wielkoformatowych slajdów, by nikt w ten sposób nie kombinował i nie próbował podkolorować rzeczywistości. Trzeba było zrobić zdjęcia realnego obiektu.


Kiedy wydawało się, że to koniec i nic z tego nie wyjdzie, pomyślałem sobie, że nie mogę do tego dopuścić, bo taka szansa już nigdy może się nie zdarzyć. Postanowiłem, że sam skończę ten dom! To znaczy, że w pojedynkę (nie miałem pieniędzy, by wynająć kogoś do pomocy), własnoręcznie, doprowadzę do tego, że ten dom będzie można sfotografować. Oczywiście nie byłem w stanie sam dokończyć budowy, gdyż tego nie potrafiłem, ale postanowiłem tak zamarkować całość, żeby się dało zrobić zdjęcia. Kiedy Marlena się o tym dowiedziała, powiedziała mi, że zwariowałem, znajomi ze mnie żartowali. Ale ja byłem na tyle zdeterminowany, że podjąłem się tego wyzwania. Każdego dnia rano przyjeżdżałem na budowę i pracowałem do zmierzchu, wieczorem wracałem do biura, aby pracować nad projektami, które zapewniały nam ciągłość finansową.

Co robiłem? Zakrywałem te wilcze doły jakimiś deskami, kartonami, zasypywałem je ziemią, rozbijałem kilofem wielkie zwały ziemi, rozbijałem góry zamarzniętych kostek brukowych przed domem, rozcinałem wielkie bale drzewa, wyrzucałem je. Praca niesamowita, trwała prawie półtorej miesiąca. Kiedyś zdarzyła się taka sytuacja, że przyjechał listonosz z paczką, a w domu nikogo nie było, więc zaproponowałem, że ją wezmę i przekażę właścicielowi. Wtedy listonosz zapytał się mnie kim jestem, odpowiedziałem, że architektem – roześmiał się i odjechał!

Był to bardzo ciężki okres, ale moja determinacja i upór (który w tym momencie okazał się cechą pozytywną) pozwoliły na uporządkowanie terenu wokół domu do tego stopnia, aby zrobić zdjęcia. Mieliśmy tylko jeden dzień, niestety akurat wtedy była śnieżyca, czekałem tylko na momenty, kiedy przestawało padać, aby w ogóle było coś widać na zdjęciach. Oczywiście nie było nas stać na profesjonalną sesję zdjęciową, więc musiałem zrobić je sam. Nie mogliśmy też sobie pozwolić na wywołanie zdjęć w profesjonalnym zakładzie fotograficznym, zaniosłem je do zwykłego punktu fotograficznego, gdzie o regulacji ostrości i kontrastu nie było mowy, w wyniku tego część zdjęć było zielonych, niektóre mocno niebieskie… i taki materiał wysłaliśmy na konkurs. Oczywiście najlepsze pracownie architektoniczne, które w konkursie brały udział, zwykle robią kilka sesji fotograficznych, aby móc wybierać najlepsze zdjęcia swojego obiektu. Podejrzewam więc, że to co myśmy wysłali, musiało wzbudzić niezłą wesołość... ale udało się, poszło. Poczułem satysfakcję, że dałem radę doprowadzić to do końca.

Jednak ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, pół roku później, kiedy już dawno zdążyłem zapomnieć o tej przygodzie, odzywa się do nas jedno z największych międzynarodowych wydawnictw architektonicznych – PHAIDON. Właśnie kończą opracowywać pierwszy atlas architektury współczesnej na świecie z propozycją publikacji... Domu z Ziemi Śląskiej! Okazało się, że szukając ciekawych obiektów, sięgnęli do tego, co było wysłane na Mies’a i tam znaleźli nasz dom, który bardzo im się spodobał. I tak budynek naszego projektu znalazł się w PHAIDON-ie, atlasie który do dziś można kupić w każdej księgarni na świecie. Tak to się właśnie zaczęło...

Co ciekawe, zdjęcia Domu z Ziemi Śląskiej, które do dziś publikowane są w różnych książkach, albumach, pismach o architekturze czy chociażby na naszej stronie, to ciągle zdjęcia obiektu z zamarkowanym przeze mnie otoczeniem – pokazują dość surowy, nieukończony dom. Tak naprawdę po kilku miesiącach, gdy ekipa budowlana wróciła aby skończyć budynek, wykończała go jeszcze przez blisko pół roku.


Nie wiem jak dzisiaj wyglądałaby nasza pracownia, jakie projekty bym robił, gdybym wtedy odpuścił. Kilka lat po tej sytuacji zostałem zaproszony przez tę samą prestiżową organizację do wygłoszenia wykładu w Pawilonie Fundacji Mies van der Rohe w Barcelonie, gdzie swoje wystąpienia mieli przede mną najwybitniejsi architekci na świecie… Taki zaszczyt był wcześniej tylko marzeniem, a jednak udało się, wtedy zrozumiałem, że moja praca oraz wszystkie podjęte wyrzeczenia miały sens i przyniosły wymierne korzyści!

Kiedy skończyłem ten tekst, to pomyślałem sobie, że pewnie znów przeczytam w komentarzach, iż to najlepszych dowód na to, że mam „parcie na szkło”, że te nagrody to dlatego, bo ciągle o sobie mówię i tak w ogóle to jestem beznadziejny. Naszła mnie wtedy refleksja, ile czasu i własnej energii muszą poświęcać osoby piszące te komentarze i ile w tym czasie mogłoby zrobić pożytecznych rzeczy dla siebie. Z racji tego, że zazwyczaj są to architekci, to zamiast bezproduktywnego krytykowania innych mogliby zainwestować ten czas w realizowanie siebie. Ile w tym czasie projektów można przemyśleć? Konkursów zrobić, wysłać… i może wygrać! Tylko trzeba pamiętać, że kiedy się uda raz, drugi, czy nawet trzeci, to wtedy trzeba będzie się uodpornić na komentarze ;-)
Trwa ładowanie komentarzy...